W każdym narzędziu, na które ktoś chce nas namówić w sieci, istnieje dziś jakaś forma kosztu poznawczego, zazwyczaj ukryta między reklamą a powiadomieniem. Aplikacje randkowe sprzedają „super polubienia”. Komunikatory premium’ują widoczność. Sieci społecznościowe potrzebują, żebyśmy w nich byli możliwie najdłużej, bo tak liczy się ich KPI i tak sprzedaje się ich powierzchnia reklamowa. Mówiąc bez ozdobników, są to produkty, których właściciel zarabia wtedy, kiedy użytkownik traci czas.

Robimy aplikację w innym celu, więc inaczej musimy ją zaprojektować.

Idea poziomek jest dość prosta: chcemy, żeby studenci szybciej wychodzili z internetu do realnego miasta. Profile bazują na rzeczywistych zainteresowaniach, algorytm podpowiada konkretne osoby z tej samej uczelni, a wszystko, co robi aplikacja w tle, zmierza w stronę pierwszego spotkania offline. Pierwszego, nie czterdziestego. Krótkiej sesji, nie scrollowania, nie nieskończonego feedu. Im szybciej użytkownik odłoży telefon, tym bardziej spełniliśmy własną obietnicę.

Ta jedna decyzja domyka właściwie wszystko inne.

Reklam nie będzie, bo cały sens reklamy w aplikacji opiera się na utrzymaniu uwagi, a my właśnie chcemy tę uwagę oddać użytkownikowi z powrotem. To nie kwestia idealizmu, tylko geometrii: dwa cele, których nie da się jednocześnie wybrać. Reklamodawca płaci za czas, który zatrzymujemy. My obiecujemy, że tego czasu nie zatrzymamy. Można wybrać jedno albo drugie. Wybraliśmy drugie i nie istnieje konfiguracja, w której to się zmieni bez zniszczenia produktu.

Mikropłatności w aplikacjach randkowych i społecznościowych to z kolei mechanizm, którego psychologię opisali niegdyś autorzy The Hooked Model, w pierwszej linii Nir Eyal w 2014 roku, choć później sam autor zmienił zdanie i napisał książkę o tym, jak się od tego mechanizmu odzwyczaić. Sprzedaje się tam nie funkcję, tylko zniecierpliwienie. „Twój profil oglądano 47 razy. Odblokuj kto, za 4,99 zł.” W aplikacji, która zachęca do wyjścia z domu, ten model nie ma nawet o co zahaczyć. Nie sprzedajemy nadziei, ani widoczności, ani serc. Jeśli kiedykolwiek pojawi się płatność, będzie to opłata za konkretną funkcję, której uczciwie nie sponsorujemy z grantu, a nie haczyk na zniecierpliwienie.

Trzecia rzecz, którą warto powiedzieć, dotyczy struktury. Robimy projekt na otwartym kodzie, finansowany z programu Uczelnie Przyszłości. To nie znaczy, że jesteśmy w utopii bez ograniczeń budżetowych. To znaczy, że ograniczenia są inne. Kiedy startup musi pokazać wzrost retencji o 8% miesiąc do miesiąca, żeby zamknąć kolejną rundę, niewinne rzeczy w rodzaju powiadomień nocnych albo „karuzeli najlepszych dopasowań” pojawiają się w roadmapie niemal samoistnie. U nas takiego nacisku nie ma. Mamy nacisk inny: pokazać, że ten model w ogóle ma sens.

Trudno powiedzieć z góry, czy się utrzyma. Jeśli się nie utrzyma, znaczy to po prostu, że zbudowaliśmy społeczność, której zabraknie pieniędzy, zanim zabraknie sensu. Jeśli się utrzyma, znaczy to coś dużo ciekawszego: że da się robić aplikację bez modelu „zatrzymaj użytkownika za wszelką cenę”.

Te decyzje obrastają zwykle tłumaczeniami później. My zapisaliśmy je na początku, żeby nie było wątpliwości, że to nie jest „na razie”.

Pojęcie ekonomii uwagi w wersji popularnej spopularyzował Tristan Harris z Center for Humane Technology, psychologię mechaniki uzależniającej w mediach społecznościowych opisał Nir Eyal w Hooked (2014), a krytyczną socjologię tego modelu Shoshana Zuboff w The Age of Surveillance Capitalism (Public Affairs, 2019).